Reklama
Newsletter

Archives
27
Nov
0

roksa

15
Nov
0

logo bp komiks3

Popełniłam dla SWPS grafiki do badania “bullying & parenting”. Tak więc prośba – jeśli ktoś z Was jest rodzicem / opiekunem dziecka, które na etapie szkoły podstawowej lub szkoły ponadpodstawowej doświadczyło prześladowań, to może tu kliknąć w link https://swps.pl/…/31570-twoje-dziecko-doswiadcza… i poświęcić trochę czasu na wzięcie udziału w badaniu. Z góry dżemkuję!

10
Nov
0

opkoo

Ostatnio więcej piszę i może nawet jakiś tomik opowiadań urodzę, kto wie! A tu opowiadanie o prokrastynacji, które paradoksalnie bardzo mało prokrastynowałam.

—————

– Proszę państwa, mam zaszczyt i honor powitać największego bohatera naszych czasów w naszym studiu na jego pierwszym w historii wywiadzie, proszę powitać oklaskami Bożydara Kwiatkowskiego!
Mężczyzna po trzydziestce, odziany smart casualowo, wszedł na scenę. Publiczność darła się z ekstazy machając transparentami wyrażającymi uwielbienie dla niego, poleciała w jego stronę damska bielizna, trochę męskiej też. Bożydar nieco się zmieszał, ale pomachał do wszystkich i usiadł na kanapie wskazanej przez redaktorkę.
– Po raz pierwszy mamy zaszczyt gościć gościa, który cieszy się tak powszechnym uwielbieniem jak pan! Proszę nam opowiedzieć, jak doszło do tego, że zbawił pan świat?
Mężczyzna zamyślił się na chwilę, jakby nie był pewien gdzie ta historia ma początek. Prawda była jednak taka, że miał pojęcie, tylko trochę wstyd mu się było przyznać. Postawił jednak na szczerość, gdyż miał naiwną nadzieję, że może prawda go wyzwoli. Zaczął od następujących słów:
– Musi pani redaktor zrozumieć, że jestem pisarzem.
– Och? – Zatrzepotała rzęsami zdezorientowana, albowiem nie spodziewała się takiego wyznania. – Nie wiedziałam, czy może naprowadzić pan mnie i publiczność na jakieś napisane przez pana dzieła?
Chęć mordu zamigotała na jego twarzy, co publiczność wzięła za tik nerwowy.
– Nie mogę, gdyż, proszę pani, gdy w młodości usiłowałem zabrać się do pisania, straszliwie prokrastynowałem. I właśnie wtedy zacząłem sprzątać.
– Och?
– Posprzątałem całe mieszkanie trzy razy. A potem dla pewności jeszcze dwa. Myłem lodówkę tak długo, aż pod mikroskopem pokazało się zero bakterii. Potem posegregowałem alfabetycznie leki w apteczce i przyprawy w szufladzie. Te klimaty.
– Ale jak to się ma do…
– Sprawy wymknęły się spod kontroli, bo moje mieszkanie było już tak czyste, że czystość aż skrzypiała przy dotyku każdej powierzchni. Doprowadziało mnie to do szału, ale wciąż nie chciałem zabrać się do pisania, bo pisanie jest trudne, wie pani? Więc poszedłem posprzątać mieszkanie sąsiadki. Borykała się ze starością i niepełnosprawnością po tym jak oberwała odłamkiem granatu w powstaniu wielkopolskim, straszna historia.
– Musiała być faktycznie bardzo stara. To bardzo szlachetne z pana strony, że pan tak zrobił.
– To prawda. Jednak gdy także jej mieszkanie lśniło czystością, a ja wciąż miałem książkę do napisania, postanowiłem posprzątać także u moich znajomych. Wkręcałem się do nich niby to na imprezy, a tak naprawdę cały czas im sprzątałem.
– Co za chora akcja – podsumowała reporterka uśmiechnęła się przyjaźnie.
– A żeby pani wiedziała… W sumie to ja nie wiem o co mi wtedy chodziło, chyba liczyłem, że książka napisze się sama? Że to taka wojna psychologiczna z nią, kto podda się pierwszy – czy ja pisząc ją, czy ona napisawszy się sama? No w każdym razie dałem ogłoszenie do gazety, że będę sprzątał za pieniądze.
– Och! To bardzo kapitalistycznie z pana strony!
– To prawda. Z czasem zacząłem zatrudniać ludzi, bo nie miałem aż tyle kondycji, żeby cały czas pracować fizycznie, wie pani, byłem już po trzydziestce.
Cała publiczność, która przekroczyła ten wiek westchnęła. Co wrażliwsi ocierali łzy rozpaczy.
– Postanowiłem więc moje zasoby niepisania poświęcać na HR i użeranie się z biurokracją polską. To było tak zajmujące, że prawie nie pamiętałem, że mam pisanie do zrobienia. Prawie.
– Ale jak dobrał pan aż tak zgraną załogę? Pana pracownicy słyną z tak nieopisanego zaangażowania, że w systemach, gdzie dało się oceniać usługi firm na maksimum dziesięć gwiazdek, specjalnie dla pana firmy zaprogramowano jedenastą gwiazdkę.
– Proste – machnął ręką. – Zatrudniałem pisarzy, wie pani.
– Och?
– Zrozumiałem, że w niepisaniu mieszka ogromny potencjał energii twórczej, którą ludzie chcą przekierować na dosłownie cokolwiek innego, co nie jest pisaniem. Z czasem rozszezrzyłem moje zainteresowania o także innych artystów – grafików, rzeźbiarzy, wie pani. Potem doszli jeszcze uczniowie i studenci, ponieważ odkryłem ogromny potencjał także w nieuczeniu się.
– Fascynujące!
Publiczność pomrukami aprobaty przyznała, że fascynujące.
– Kiedy posprzątaliśmy już wszystkie mieszkania świata, przerzuciliśmy nasz nieograniczony potencjał na ulice, rzeki… Ostatecznie wtedy sam, zdesperowany tym, że wszystko jest już posprzątane, postanowiłem wziąć większego byka za rogi.
– To wtedy posprzątał pan ocean ze śmieci?
Za nimi na wielkim telebimie pojawiły się nagłówki z rozmaitych portali sprowadzające się do komunikatu “zdesperowany szaleniec sam posprzątał ocean, ręcznie”.
– Tak było.
Publiczność biła brawo. Prezenterka aż położyła sobie rękę na piersi, jakby obawiała się, że jej serce tak urośnie, że wyskoczy z klatki piersiowej i przytuli rozmówcę.
Wtedy jednak całkiem zniszczyła tę podniosłą chwilę durnym pytaniem:
– To teraz napisze pan w końcu tę książkę?
Zgrzytnął zębami. Następnie zacisnął je i siląc się na spokój, wycedził:
– Proszę pani. Proszę być poważną. Wie pani ile śmieci jest na orbicie okołoziemskiej?
– Ale pana książka…
Nie wytrzymał psychicznie tej presji.
Wstał nagle i krzycząc przewrócił stół.
Wybiegł ze studia, wciąż wrzeszcząc.
Nie przerwał krzyku przez całą drogę do samochodu, w którym trzymał specjalnie przygotowany na tę okazję skafander kosmiczny. Wiedział, że nie zdoła uciec przed książką, ale na bogów, próbował. Może na orbicie już jej nie będzie. Może chociaż na orbicie…

02
Nov
0

Wygląda na to, że przeszłam z jednej choroby w inną. To chyba już czwarta, ale kto by liczył. Na szczęście moja psychika implodowała jakieś trzy tygodnie temu i się nie przejęłam.

torba trocin

01
Nov
0

1 listopad

31
Oct
0

halloween

A czy Wy naraziliście swe nieśmiertelne dusze na gniew kleru czyniąc jakieś psoty z dynią?

27
Oct
0

hiperinflacja

Dawno nic nie wrzucałam, bo zdrowotnie i sytuacyjnie bieda straszliwa, ale może już się powoli wygrzebię 😡 Przynajmniej kręgosłup powoli zaczyna działać.

fizjoooo

03
Oct
0

kregoslup

Dziś mam dla Was historię jak to mój kręgosłup załamał się moją postawą. Niech moje świadectwo będzie przestrogą dla całego bułczanego rodzaju.
No więc stoję sobie przy umywalce lekko pochylona celem mycia pyska i nagle czuję jakby kawałek kręgosłupa krzyżowego umknął ze struktury niczym klocek z jenga, a reszta kręgów zawaliła się za nim. Padłam więc na łazienkową podłogę i tak leżałam.
Na szczęście w zasięgu ręki był tablet. Dzwonię po Mysiapysia. Dostaję od niego kołdrę, żebym nie zamarzła na tej podłodze, poduszkę elektryczną, herbatę i zapewnienie, że to najgorszy przypadek potrzydziestki jaki kiedykolwiek widział.
Dzwonię do fizjoterapeutki i opisuję co się stało. Dostaję diagnozę, że to może być właściwie cokolwiek, ale spoko, że mam czucie w nogach. Teleporady FTW ;v; Radzi mi dzwonić na pogotowie.
Przypominam sobie newsy o strajkach ratowników medycznych i ten raz jak miałam helikopter zaparkowany na środku ulicy, bo nie jeździły karetki. Wyobrażam sobie, że jeśli nawet jakaś przyjedzie to czas oczekiwania pewnie 3 dni i jeszcze “odejmę od ust” komuś kto krwawi tętniczo czy ma inny zawał. Targana wyrzutami sumienia o coś, czego jeszcze nie zrobiłam, dzwonię po prywatna karetkę.
Leżę więc na podłodze czekając na ratunek i obiecuję Bogu, że jeśli mnie z tego wyciągnie, pójdę w końcu na jogę. Piszę to też do znajomych na fejsie, żeby było na piśmie i żeby Bóg wiedział, że mówię poważnie.
Piszę do znajomej, że ostatnio miałyśmy iść na basen, ale odwołałam i że za ten i wszystkie inne grzechy bardzo żałuję.
Domagam się atencji od Mysiapysia i zapewnień, że jestem najbiedniejszą formą życia w kosmosie.
Tak mija mi 40 minut do przyjazdu karetki. Ratownicy konkretni, nawet mili. Dostaję zastrzyk z ketonalu i sterydu. Mówią, że to pewnie neurologiczne i że jak chcę do szpitala to mogę. Waham się dość długo, ale nawet nie marudzą ani na moje marudzenie ani na decyzję, że nie jadę. Jadą w siną dal beze mnie więc. Zastrzyk zaczyna działać. W końcu mogę spełnić moje wielkie marzenie o wtarganiu dupki na kibelek. Niesamowite uczucie, jak takie elementarne, oczywiste sprawy są człowiekowi odebrane.
Szczęśliwie (???) mam na tyle traumy i expa życiowego, że posiadłam sztukę umówienia ortopedy na ten sam dzień lub bliski – Spółdzielnia Pracy Specjalistów Reumatologów jakby był ktoś ciekaw. Wyleczyli mi kiedyś kaletkę stawową jak już niemal chodzić nie mogłam, a na NFZ nikt nie chciał na mnie nawet spojrzeć ;v; Ceny normalne i da się zrobić trik wizyta u lekarza > od razu RTG / USG i powrót z wynikami badań jeszcze na tej samej wizycie, więc bardzo humanitarnie. Licząc, że uda mi się powtórzyć ten manewr umawiam się i jadę, bo już jestem w sumie mobilna. Tak plus minus na poziomie osiemdziesięcioletniej babci z karierą w kamieniołomach, ale jestem.
Jadę z nadzieją, że dostanę diagnozę, że to klasyczne Tonictakiego, masz tabletki i leż. Liczę na to szybkie RTG i wszystko. Mimo to wciąż boję się, że to może być właściwie cokolwiek.
Na miejscu okazuje się jednak, że tego dnia RTG już nieczynne ;v; mówię więc pod nosem wyrazy nieprzystojne. Ortopeda jednak stwierdza, że prześwietlenie niepotrzebne, bo mi tylko mięsień zgłupiał i że właściwie to klasyczne Tonictakiego, masz tu tabletki i leż. W ramach plot twistu jednak lekarz okazuje się też być niepozbawiony czegoś na kształt boomerskiego poczucia humoru.
– L4 pani życzy?
– Nie życzy.
– Co pani, robi na śmieciówce?
– Jak się trafi, to robię.
– A czemu nie na normalną umowę?
– Musiałabym iść do normalnej pracy. Nie mogłabym tak żyć.
– A to trzeba sobie bogatego sponsora znaleźć!
– Hehe, wie pan. – Odpowiadam, ponieważ Mysiopysio jest programistą.
– To te leki weźmie pani po śniadaniu, o której pani wstaje?
– Yyy, tak o dziesiątej?
– Też bym tak chciał!
– A to trzeba sobie bogatego sponsora znaleźć! – odpowiedziałabym gdybym była odrobinę bardziej pyskata.
No to wykupiliśmy leki i poszłam leżeć i tak oto leżę.
Morał z tej historii jest taki, że Bóg jest okrutny i gotowy na wiele aby wycisnąć z Was obietnicę, że zaczniecie chodzić na jogę. Albo na cokolwiek. Cokolwiek też byłoby spoko.
Z serii skutki uboczne terapii: mimo nerwów z gatunku “co to będzie” to dużo bardziej niż na typowych dla mnie “dlaczego ja”, “czemu Bóg opuścił moje plecy” etc. miałam takie naturalne skupienie na wdzięczności za opiekę, i że miałam z kim porozmawiać o tym co się dzieje (ból wygadany boli mniej), za rady i miłość. Na swój sposób było więc bardziej blessed niż cursed.
skutki uboczne
01
Sep
0

pitagoras

10
Aug
0

urlop

Wróciłam z krótkiego wyjazdu i tak kilka dziwnych skojarzeń językowych Wam z niego przynoszę.
Troszkę mnie kusi zrobić jutuba z tego jak było na wyjeździe. Albo opiszę. Albo poczekam aż mi przejdzie chęć i nic nie zrobię, kto wie.
Poza tym lada moment kończy się zbiórka na Dziady część V na wspieram.to, to jest taki projekt do którego robię rysunki 😮 I można wesprzeć.