cos
Reklama

Na bloga liczniki
22
Aug
55

Miałam okazję ostatnio prowadzić wiele dyskusji teologicznych i jakoś mi się zebrało na wpis na ten temat. Religia, proszę państwa.

Jak potężny procent niemowląt z mojego rocznika zostałam ochrzczona, jak to raczył określać mój ojciec „poszliśmy wygonić z ciebie diabła”. Wyszło to wyganianie chyba średnio, bo kiedy podrosłam to na mszach nudziłam się jak mops. To musiała być sprawka diabła, w końcu jak powszechnie wiadomo nieumiejętność wysiedzenia w kościele to jego sprawka.

Chyba jednak w dzieciństwie coś tam wierzyłam. Jednym z moich najwcześniejszych wspomnień z tamtych lat (mówimy tu może o piątym roku życia) jest msza, z której wyniosłam przesłanie „nie grzesz, bo pójdziesz do piekła”. Ok, spoko, przemówiła do mnie ta wizja i postanowiłam, że będę bardzo, ale to bardzo grzeczna. I przysięgam Wam, byłam! Przez cały tydzień starałam się niesamowicie. Sprzątałam zabawki, wpierdalałam warzywa, full opcja. Z duszą na ramieniu, pełna optymizmu po tak niesamowitym tygodniu grzeczności, poszłam na kolejną mszę. Czego się tam dowiedziałam? Że cały mój wysiłek był o kant dupy potłuc, bo jestem człowiekiem = jestem grzeszna, nawet jak nie wiem, że grzeszę to i tak grzeszę i mam przepraszać, bo grzeszę, nawet jak szczerze nie wiem za co. Nie umiem wyjaśnić słowami, jak bardzo poczułam się oszukana, zdemotywowana i tak dalej. Obraziłam się na całą tę instytucję.

Pamiętam też, że nie mogłam pojąć, że ksiądz mówi mi jak to raduje się, że Jezus zmartwychwstał takim tonem, jakby zaraz miał umrzeć z głodu. Bywałam w wielu kościołach, na wielu mszach i nigdy te zapewnienia o radości nie brzmiały jakoś specjalnie radośnie. Jakby mi kto do mnie takim tonem mówił, że np. cieszy się, że mnie widzi, to bym chyba fochnęła i poszła uznając jego wypowiedź za sarkazm. Jaki szok przeżyłam, gdy po raz pierwszy usłyszałam gospel! Ci ludzie naprawdę się cieszyli, tańczyli, full entuzjazm. Szok kulturowy 100%. Kolejny szok kulturowy 100% gdy na jakimś forum jakiś katolik potępiał gospel, bo jak to tak, takie harce w kościele, w domu bożym…

Inna sprawa: pierwsza komunia. Mając te osiem lat nie byłam jakoś specjalnie wierząca. Miałam problem, bo ksiądz z ambony mi opowiada, że ja różne rzeczy myślę, czuję i wyznaję, ale we mnie nic z tego nie było. No ale wiadomo, „nie pyskuj, wpierdalaj kaszkę i chodź do kościoła, po prostu ci się nie chce do kościoła chodzić”. I klep wyuczone na pamięć modlitwy bez żadnej refleksji nad ich treścią („…trzeciego dnia zmartwychwstał” na przykład – dopiero niedawno ktoś mi sprzedał wiedzę co Jezus robił przez te trzy dni! Przez całe moje życie chodzenia na religię jakoś nikt o wyjaśnienie tego „detalu” się nie pofatygował). Tak więc w sumie przyjęłam komunię bez wiary w Jezusa – czy to nie jest przypadkiem grzech śmiertelny, a w każdym razie dość poważny? Jeśli tak, to jak to można odkręcić i kogo mogę pozwać za perspektywę wiecznego potępienia…? Bo może ja się teraz nawracam i mam z tym problem duchowy?

Znajomy na ten dylemat pośpieszył mi z wyjaśnieniem, że nie ma żadnego problemu, bo bodajże wg Świętego Augustyna mam duszę śmiertelną, jednorazową, duszę psa niemal, bo przecież jestem kobietą, więc wszystko w porządku 😉