Reklama

Newsletter

Archives
03
Oct
0

kregoslup

Dziś mam dla Was historię jak to mój kręgosłup załamał się moją postawą. Niech moje świadectwo będzie przestrogą dla całego bułczanego rodzaju.
No więc stoję sobie przy umywalce lekko pochylona celem mycia pyska i nagle czuję jakby kawałek kręgosłupa krzyżowego umknął ze struktury niczym klocek z jenga, a reszta kręgów zawaliła się za nim. Padłam więc na łazienkową podłogę i tak leżałam.
Na szczęście w zasięgu ręki był tablet. Dzwonię po Mysiapysia. Dostaję od niego kołdrę, żebym nie zamarzła na tej podłodze, poduszkę elektryczną, herbatę i zapewnienie, że to najgorszy przypadek potrzydziestki jaki kiedykolwiek widział.
Dzwonię do fizjoterapeutki i opisuję co się stało. Dostaję diagnozę, że to może być właściwie cokolwiek, ale spoko, że mam czucie w nogach. Teleporady FTW ;v; Radzi mi dzwonić na pogotowie.
Przypominam sobie newsy o strajkach ratowników medycznych i ten raz jak miałam helikopter zaparkowany na środku ulicy, bo nie jeździły karetki. Wyobrażam sobie, że jeśli nawet jakaś przyjedzie to czas oczekiwania pewnie 3 dni i jeszcze “odejmę od ust” komuś kto krwawi tętniczo czy ma inny zawał. Targana wyrzutami sumienia o coś, czego jeszcze nie zrobiłam, dzwonię po prywatna karetkę.
Leżę więc na podłodze czekając na ratunek i obiecuję Bogu, że jeśli mnie z tego wyciągnie, pójdę w końcu na jogę. Piszę to też do znajomych na fejsie, żeby było na piśmie i żeby Bóg wiedział, że mówię poważnie.
Piszę do znajomej, że ostatnio miałyśmy iść na basen, ale odwołałam i że za ten i wszystkie inne grzechy bardzo żałuję.
Domagam się atencji od Mysiapysia i zapewnień, że jestem najbiedniejszą formą życia w kosmosie.
Tak mija mi 40 minut do przyjazdu karetki. Ratownicy konkretni, nawet mili. Dostaję zastrzyk z ketonalu i sterydu. Mówią, że to pewnie neurologiczne i że jak chcę do szpitala to mogę. Waham się dość długo, ale nawet nie marudzą ani na moje marudzenie ani na decyzję, że nie jadę. Jadą w siną dal beze mnie więc. Zastrzyk zaczyna działać. W końcu mogę spełnić moje wielkie marzenie o wtarganiu dupki na kibelek. Niesamowite uczucie, jak takie elementarne, oczywiste sprawy są człowiekowi odebrane.
Szczęśliwie (???) mam na tyle traumy i expa życiowego, że posiadłam sztukę umówienia ortopedy na ten sam dzień lub bliski – Spółdzielnia Pracy Specjalistów Reumatologów jakby był ktoś ciekaw. Wyleczyli mi kiedyś kaletkę stawową jak już niemal chodzić nie mogłam, a na NFZ nikt nie chciał na mnie nawet spojrzeć ;v; Ceny normalne i da się zrobić trik wizyta u lekarza > od razu RTG / USG i powrót z wynikami badań jeszcze na tej samej wizycie, więc bardzo humanitarnie. Licząc, że uda mi się powtórzyć ten manewr umawiam się i jadę, bo już jestem w sumie mobilna. Tak plus minus na poziomie osiemdziesięcioletniej babci z karierą w kamieniołomach, ale jestem.
Jadę z nadzieją, że dostanę diagnozę, że to klasyczne Tonictakiego, masz tabletki i leż. Liczę na to szybkie RTG i wszystko. Mimo to wciąż boję się, że to może być właściwie cokolwiek.
Na miejscu okazuje się jednak, że tego dnia RTG już nieczynne ;v; mówię więc pod nosem wyrazy nieprzystojne. Ortopeda jednak stwierdza, że prześwietlenie niepotrzebne, bo mi tylko mięsień zgłupiał i że właściwie to klasyczne Tonictakiego, masz tu tabletki i leż. W ramach plot twistu jednak lekarz okazuje się też być niepozbawiony czegoś na kształt boomerskiego poczucia humoru.
– L4 pani życzy?
– Nie życzy.
– Co pani, robi na śmieciówce?
– Jak się trafi, to robię.
– A czemu nie na normalną umowę?
– Musiałabym iść do normalnej pracy. Nie mogłabym tak żyć.
– A to trzeba sobie bogatego sponsora znaleźć!
– Hehe, wie pan. – Odpowiadam, ponieważ Mysiopysio jest programistą.
– To te leki weźmie pani po śniadaniu, o której pani wstaje?
– Yyy, tak o dziesiątej?
– Też bym tak chciał!
– A to trzeba sobie bogatego sponsora znaleźć! – odpowiedziałabym gdybym była odrobinę bardziej pyskata.
No to wykupiliśmy leki i poszłam leżeć i tak oto leżę.
Morał z tej historii jest taki, że Bóg jest okrutny i gotowy na wiele aby wycisnąć z Was obietnicę, że zaczniecie chodzić na jogę. Albo na cokolwiek. Cokolwiek też byłoby spoko.
Z serii skutki uboczne terapii: mimo nerwów z gatunku “co to będzie” to dużo bardziej niż na typowych dla mnie “dlaczego ja”, “czemu Bóg opuścił moje plecy” etc. miałam takie naturalne skupienie na wdzięczności za opiekę, i że miałam z kim porozmawiać o tym co się dzieje (ból wygadany boli mniej), za rady i miłość. Na swój sposób było więc bardziej blessed niż cursed.
skutki uboczne